Niech mnie ktoś mądry przekona, że to, iż światła mijania zostają zapalone po wyłączeniu zapłonu ma sens. Moim zdaniem w starciu z drugą opcją, w której co najwyżej zostają świecące się postojówki ten wariant przegrywa. Najlepsze rozwiązanie jest w "maluchu" - tam gaśnie wszystko po wyłączeniu zapłonu, a gdy chcemy włączyć światła postojowe to je po prostu włączamy, ustawiając przełącznik w odpowiednio pozycję. Po drugiej stronie jest układ, który nazwę tu "citroenowym", bo doświadczyłem go ostatnio właśnie w aucie tej marki, czyli po zgaszeniu silnika żarówki palą się całą mocą, a dowiedzieć można się o tym dopiero, gdy chcemy wysiąść i odzywa się brzęczyk (pomijam kontrolkę na desce rozdzielczej, bo jest słabo widoczna)

Wkurza mnie to, gdy zapomnę wyłączyć światła i otwierając drzwi jakiś nachalny brzęczyk piszczy, jakby bomba miała wybuchnąć. Oczywiście, idzie do tego przywyknąć, ale po co?? Po kiego grzyba mam pstrykać wyłącznikiem, gdy wysiadam z auta na 10 minut, a potem mieć możliwość zapomnienia o fakcie, że trzeba włączyć światła? Przecież mogłoby się to odbywać automatycznie?

Czy nikt nie wpadł na pomysł umieszczenia w danym aucie przełącznika, który pozwalałby wybrać pomiędzy trybem "maluchowym" a np. citroenowym?

Jestem zdecydowanym zwolennikiem opcji "maluchowej". Na szczęście w aucie, którym jeżdżę na co dzień, producent zostawia tylko postojówki, a i to sprawia, iż "życzliwi" sugerują "że świateł zapomniałem wyłączyć", gdy wysiadam z auta.